piątek, 4 maja 2018

Rozdział 7

Instynkt, zaszczepiony gdy był małym dzieckiem, krzyczał, by zabić podejrzanych mężczyzn, jak to robił kiedyś, gdy coś poszło nie po jego myśli. Przypomniał mu się pierwszy nocny spacer z Zetharem, podczas którego zostali zauważeni przez przypadkowego przechodnia. Ta osoba najwyraźniej bała się nieludzi, bo zaczęła krzyczeć na widok chłopca o wiśniowych włosach, skaczącego po balkonach. Wtedy młody koturin odruchowo zareagował na impuls strachu bycia przyłapanym i w ułamku sekundy znalazł się za osobą, a następnie ją zamordował. Nigdy nie zapomni tego, jak brunet go wtedy ochrzanił. Dostał opieprz z góry na dół. Od tamtej chwili zaczął dostrzegać w czym innym zabawę. Przyśpieszone bicie serca, adrenalina i niepewność, czy zostanie złapany, dodać do tego skradanie i w razie czego ucieczkę przez miasto, to wszystko sprawiało, że teraz miał szeroki uśmiech na ustach.

— Przesłyszało ci się — rzekł w końcu drugi mężczyzna po chwili nasłuchiwania. — Może słyszałeś jakiegoś kota.

— Może... — Obaj wrócili do swoich zajęć.

Shea powstrzymał się, aby nie wybuchnąć śmiechem. Doskonale się bawił. Odczekał aż dwie osoby odejdą i wychylił głowę zza szczytu dachu.

Postacie zniknęły za rogiem. Chłopak podciągnął się na rękach i przykucnął, trzymając się dachu. Wytężył wzrok i w odbiciu okien zauważył dalszą wędrówkę podejrzanych ludzi. Cicho przemieszczał się po dachówkach, tym razem ostrożnie, ale jednoczenie nie tracąc mężczyzn z oczu i zachowując odległość.

Nagle dostrzegł, że cele zatrzymały się w ślepej uliczce. Zainteresowany przypatrywał się z uśmiechem. Jego oczy otworzyły się szerzej, gdy zobaczył zrobili. Mianowicie weszli do zaułku i podeszli do ściany przy samym końcu. Jedna z nich wyjęła z kieszeni marynarki stary, mosiężny klucz. Mężczyzna przytknął go do ściany i obrysował jeden z kamieni. Wtedy od klucza poszła lekka smuga żółtego światła, która narysowała drzwi. Dwaj przestępcy weszli do środka i przejście znów wyglądało jak brukowany mur.

Gdy osoby zniknęły Shea wstał i podekscytowany szybko udał się do domu. Wskoczył przez okno do ciemnego pokoju. Dzięki kocim genom wszytko wyraźnie widział, chociaż w wyblakłych barwach. Wokół słyszał tylko spokojny oddech bruneta. Podszedł do kanapy, na której spał.

— Zethar, obudź się! — rzekł z entuzjazmem nad jego głową, lecz nic mu nie odpowiedział.

Chłopak się skrzywił. Zastanowił się chwilę, po czym wpadł na pomysł. Zaczął udawać spanikowanego. — Zethar, przyszedł poborca podatkowy! Dowiedzieli się, że tu mieszkamy i musisz im zapłacić za wszystkie lata!

— CO? — Zerwał się brunet.

Shea zaczął się śmiać. Rozbawiła go przerażona, zaspana twarz człowieka. Ten po chwili zaczął kontaktować i analizować, co się przed chwilą stało. Uświadomiwszy sobie, że to tylko pretekst do pobudki, westchnął zirytowany.

— Czemu mnie obudziłeś?

— Daj spokój, gdybym nie miał ważnego powodu, to bym nie ryzykował — odparł z uśmiechem. Zethar uniósł pytająco brew.

Shea opowiedział mu wszystko co zobaczył.

— Co? — niemal wykrzyknął podekscytowany brunet, zrywając się z kanapy. — Magiczne drzwi? —  kontynuował ubierając się. — Skoro użyli magicznego przedmiotu, to bardzo prawdopodobne, że mają w swoich szeregach maga. Jeszcze nigdy żadnego nie spotkałem! W końcu podobno wyginęli — zaczął nawijać. Shei zrzedła mina. Zapomniał, że ma do czynienia z kolesiem, który ma bzika na punkcie nadnaturalnych rzeczy. W ogóle nie przejął się losem dwójki porwanych.

— Ale ty jesteś okrutny... — westchnął pod nosem koturin. Brunet go nie usłyszał. Założył buty i płaszcz.

— To gdzie to miejsce? — zapytał, biorąc z szuflady około dwudziestocentymetrowe, stalowe szpilki, ostre po obu końcach, które schował w specjalne miejsca w wewnętrznej części okrycia.

Shea się uśmiechnął. Chyba dziś będzie mógł się pobawić.
 Chyba dziś będzie mógł się pobawić
Ivar powoli otworzył oczy. Wampir rozejrzał się zdezorientowany. Był zamknięty w stalowej klatce. Nogi i całe ręce drażnił złoty łańcuch. Blondyn się skrzywił. Szarpnął dłonią, co spowodowało szelest, po czym stwierdził, że był to zły pomysł, ponieważ cała jego siła została pochłonięta przez metal. Osłabiony upadłby na podłogę, gdyby nie trzymające go kajdany. Tak to wisiał wyczerpany z głową skierowaną do dołu. Ivar przeklął w głowie. Wiedział, że sytuacja nie jest zbyt ciekawa.
Nagle usłyszał ciche chrapanie. Nie dowierzając obrócił głowę w jego kierunku. Ręce by mu opadły (gdyby tylko mogły). Metr od niego, w drugiej klatce, trzymając się na srebrnych łańcuchach zwisał jego przyjaciel, który najzwyczajniej w świecie sobie spał. Ivarowi drgnęła brew z irytacji, gdy patrzył na rozluźnionego wilkołaka.

— Yakov, obudź się, idioto! — powiedział cicho wampir. Nie wiedział, gdzie byli, więc wolał zachowywać się niezauważalnie, lecz musiał jakoś sprawić, aby jego kolega się ocknął.

— Zrób mi stek... — wybełkotał przez sen białowłosy.

— A co ja? Twoja matka jestem??? — wysyczał Ivar najgłośniej jak mógł. Nie rozumiał, jak można spać w tej chwili. — Yakov, do cholery! — Już chciał kopnąć lub szarpnąć łańcuchami, aby zbudzic go hałasująć, złoto jednak odebrało mu całą siłę. Znów wisiał bezwładnie, ciężko oddychając. — Szlag by to... — rzekł do siebie wkurzony. 

Ten metal silnie oddziaływał na wampiry. W małych ilościach hamował ich niektóre cechy, przez co gdy podpisano pokój między rasami jeden z warunków mówił, że te stworzenia muszą nosić przynajmniej jeden element z czystego złota. Miało to zagwarantować, że wampiry nie wpadną w niekontrolowany szał, co mogłoby wywołać wielką panikę wśród ludzi i spowodować wiele ofiar. Jednak większa ilość złota powoduje dodatkowo kradzież energii, co prowadzi do silnego osłabienia, a w skrajnych przypadkach śmierci. 

Nagle Ivar usłyszał jakieś wrzaski, dobiegające zza drzwi po prawej stronie. Z tego co zauważył przez na wpół przymknięte powieki, to były jedyne drzwi w podziemnej, kamiennej piwnicy, oświetlonej dwoma pochodniami i zawierającej inne klatki, tylko że puste.

— Nie!!! — rozległ się krzyk, a sekundę później dławienie się i upadek. Coś walnęło w drewniane wejście. Nastała cisza.

Ivar nie ukrywał, że był lekko przestraszony. W końcu za drzwiami ktoś kogoś męczył,  a on był uwięziony, bez sił i kompletnie bezbronny. Przeklinał na to, że Yakov spał.

Mimo przyćmionych zmysłów poczuł znajomą woń, której teraz łaknął, a mianowicie krew, przedostającą się przez szczelinę z drugiego pokoju. Wywołało to u niego niepokój. Fakt, że był osłabiony sprawiał, że chciał jak najszybciej nabrać sił. Pojawiło się niemiłe uczucie podrażnionego gardła. Przełknął ślinę. Chciałby się ruszyć, lecz cała energia była mu odbierana przez złoto. Czuł, że powoli traci przytomność. Ostatnie co zobaczył, to niewyraźny obraz dwóch postaci, otwierających jego klatkę. Potem nastała ciemność.

Rozdział 6

Od tego momentu minęło pięć lat. Shea urósł, a jego wiśniowe włosy wciąż miały średnią długość i często były potargane. Twarz jednak zachowała trochę dziewczęcych rys, ale też nabrała charakteru. Natomiast Zethar kompletnie się nie zmienił.

Koturin chodził pośród ludzi na rynku, obserwując wszystko i wszystkich dookoła. Siedemnastolatek miał na sobie swój ulubiony zestaw ubrań, czyli czarne spodnie, szarą bluzkę, a na to zarzucona czarny płaszcz bez rękawów, z kapturem, zakrywającym nienaturalny kolor włosów. Nauczył się, że w tym mieście nie należy się wyróżniać, jeśli nie chce się mieć kłopotów, dlatego przekonał się nawet do butów, które zostały zrobione na specjalne zamówienie, z najcieńszej i bardzo elastycznej skóry. Aby ograniczyć nagłe zmiany koloru oczu i jego intensywności, a także nie dopuścić do utraty kontroli nas sobą, Zethar załatwił mu ogranicznik mocy, które zostały wprowadzone podczas podpisania pokoju. U Shei była to metalowa zapinka na ucho.

Ani Zethar, ani on nie pracowali. Woda i prąd były na tym strychu od zawsze i nikt z sąsiadów nie zauważał braków. Od czasu do czasu podkradali parę rzeczy, lecz zazwyczaj zabierali ukradkiem mieszki z pieniędzmi i wydawali je na jedzenie lub (ich zdaniem) niezbędne obiekty.

Shea szedł po zatłoczonym placu. Wszędzie było gwarno,  sprzedawcy promowali swoje stoiska, a ludzie utworzyli pasma ruchu. Rozglądała się z lekkim, pewnym siebie uśmieszkiem. Niedaleko dostrzegł arystokratę. Przemieścił się za jego plecy i bardzo szybko, nie wzbudzając podejrzeń, obszedł go, po czym odwrócił się i szedł w drugą stronę. Uśmiechnął  się bardziej, gdy chował woreczek z pieniędzmi do kieszeni.

Pośród całego harmidru jego ucho drgnęło na jeden dźwięk. Podekscytowany zaczął się rozglądać, aż w końcu dostrzegł stoisko, którego szukał. Przepchnął się przez tłum i stanął nad stołem, na którym wyłożono błyskotki, w tym dzwoneczki. Zaświeciły mu sie oczy na ich widok.

—  Podać coś? — zapytała uprzejmie starsza pani.

— Dzień dobry, można ich dotknąć? — zadał pytanie, wskazując na świecidełka.

— Ależ naturalnie.

Po tych słowach jego ręka już szła złapać za srebrny dzwoneczek, ozdobiony kolorowymi kamieniami, gdy nagle przeszedł go dreszcz na dźwięk znajomego głosu.

— Sheeeaaa — przeciągnął jego imię Zethar. Chłopak znał ten pozornie miły ton, który ukrywał tak naprawdę irytację. Cofnął rękę i odwrócił się z nieudanym uśmiechem, który miał zasłaniać lekki strach.

—  Możesz mi powiedzieć, co tu robisz? — zapytał niby uprzejmie brunet idealnie udajac bycie milym. Każdy człowiek by teraz pomyślał, że Zethar jest po prostu miły, lecz koturin znał go zbyt dobrze.

— Emmm... No bo wiesz...— zawahał się nastolatek.— Jakoś tak sam się tu znalazłem— rzekł i zaśmiał się nerwowo.

— Dwa dni temu dostałeś nowy, więc dziś nie kupujesz— rzekł brunet, już nie ukrywając oschłego tonu. Spojrzał się na wiśniowo-włosego wzrokiem, mówiącym, że nie przyjmuje sprzeciwu.
Shea westchnął wkurzony.

— Dobra — rzekł rozdrażniony i poszedł przed siebie, po drodze wciskając mężczyźnie zdobyty mieszek. Ten schował go do płaszcza i uprzejmie pożegnał się ze sprzedawczynią. Nie przejmując się podopiecznym przeglądał dalsze stoiska.

Na widok soczystych jabłek i winogron, zatrzymał się przy stoisku z owocami.

— Po ile Pan sprzedaje? 

Siwy mężczyzna podszedł do drewnianej lady i odparł:

— Dwa srebrniki za kilogram.

— To za drogo. Mogę dać jeden — zaczął targować się Zethar.

Starzec spojrzał na bruneta, aby ocenić z kim ma do czynienia. Ten jednak był pewny siebie, ale jednocześnie zachowywał uprzejmy ton głosu.

—  Hmmm... Półtora srebrnika — rzekł po lekkim zastanowieniu sprzedawca.

Zethar uśmiechnął się w duchu. Nawet dwa srebrniki to doskonała oferta, a on zdołał wytargować jeszcze niższą cenę. Jego kąciki ust poszły lekko w górę.

— W takim razie poproszę kilo jabłek — powiedział miło.

Starszy mężczyzna zaczął pakować towar do siatki. Nagle rozległy się ciche szepty. Podniósł głowę i skrzywił się z obrzydzeniem i nienawiścią na widok czegoś. Brunet powędrował wzrokiem za sprzedawcą i zobaczył co było powodem takiej reakcji. Ujrzał niedaleko dwóch mężczyzn. Jeden z nich miał białą, prawie szarą skórę i był blondynem, a drugi, o ciemniejszej karnacji, jakby słońce go nie oszczędzało, miał jasne niczym śnieg włosy. Obaj strasznie wyróżniali się pośród tłumu.

Zetharowi zaświeciły się oczy. Wiedział, że będą kłopoty. Na kilometr było widać, że przybysze nie są ludźmi, co wywołało tak negatywną atmosferę pośród mieszkańców. 

Człowiek dokończył zakupy i wrócił szybko do domu. Gdyby coś się miało zdarzyć, to jutro z samego rana będzie to główny temat rozmów.




Parę godzin później zrobiło się  ciemno. Jedyne światło dawały latarnie i księżyc. Cały szmer, słyszalny za dnia, ucichł już parę godzin temu, pozostawiając puste ulice.

Zethar jak zwykle leżał już na kanapie i czytał książkę, natomiast Shea zdejmował buty, szykując się do nocnego spaceru.

— Tylko nie daj się złapać — rzekł brunet, nie odrywając wzroku od lektury. — Nie chcę znów za ciebie płacić kaucji.

— Ej, tak było tylko raz! —oburzył się chłopak. — A poza tym oddałem ci, staruchu — rzekł, wracając do rozwiązywania butów, jednak niespodziewanie dostał z całej siły poduszką w głowę i stracił na chwilę równowagę.

— Nie nazywaj mnie tak, dzieciaku — odparł Zethar, niby spokojnie, lecz dało się słyszeć nutkę irytacji. Koturin doskonale wiedział, że mężczyzna nie znosi jak tak się go nazywa. Tak samo jak sam nie lubił być przezywanym "dzieciakiem".

— Dobra, wychodzę. Na razie! — powiedział, stojąc na parapecie i skoczył na dach budynku, stojącego naprzeciwko. Lądując podparł się rękami. 

Chodził po szczycie dachu z wyprostowanymi po bokach ramionami. Nie ukrywał, że mu się nudziło, ale lubił chodzić na nocne spacery. Wszechobecna cisza i spokój, w połączeniu z pięknem nocnego nieba i blaskiem księżyca, sprawiały mu radość. Dopiero teraz nie musiał ukrywać tego kim jest. Stanął i rozkoszował się lekkim, chłodnym wiatrem oraz widokiem z góry na całe miasto.

Zaczął biec po szczytach dachów, przeskakując z jednego na drugi. Robił to bardzo cicho i z niesamowitą lekkością. Nagle podczas lądowania bosa stopa stanęła nie tak jak zamierzał i mało brakowało, aby spadł, jednak w ostatniej chwili przytrzymał się dachówki pazurami u stóp oraz rąk i zjechał przyklejony do niej bokiem paręnaście centymetrów. 

Znieruchomiał. Nasłuchiwał czy ktoś go usłyszał. Miałby kłopoty gdyby straż go złapała. Miał już przed oczami wredny uśmieszek Zethara, śmiejący się z jego nieuwagi. Jednak obecnie słyszał tylko przyśpieszone bicie własnego serca. Nikogo nie było, na co odetchnął z ulgą.

Nagle jego uch drgnęło. Zareagował tak na nieregularne kroki. Jedna... nie, dwie osoby, idące w dziwny sposób. 

Shea po cichu wstał i kucnął za kominem. Wyjrzał zza niego i, tak jak przypuszczał, ujrzał dwóch mężczyzn, oddalonych około pięćdziesiąt metrów w linii prostej. Dzięki wszechobecnej ciszy i wyostrzonym zmysłom mógł usłyszeć o czym rozmawiali.

— Boże, ale on ciężki — narzekał jeden.

— Wytrzymaj. Już niedaleko. Wiesz, ile kasy za nich dostaniemy?

— Oj, bardzo dużo. — Zaśmiał się lekko, po czym nastała cisza.

Koturin wychylił się bardziej, by dokładniej dostrzec, co było obiektem rozmowy. Ujrzał odchodzące postacie, które miały coś przerzucone przez ramię. Wytężył wzrok, dzięki czemu teraz dokładnie wiedział co, a raczej kto to był. Zobaczył nieprzytomną, bladą twarz jakiegoś blondyna, a na rękach drugiego mężczyzny chłopaka ciemniejszej karnacji, z białą grzywką. Shea uśmiechnął się lekko.

— Czyli to o nich mówił Zethar — rzekł cicho do siebie. Podszedł przyczajony do krawędzi dachu, nie spuszczając wzroku z dwóch mężczyzn i skoczył, lądując niczym kot - na czterech łapach na następnym budynku.

Z wrażeń mniej uważał, przez co ześlizgnęła mu się stopa. Złapał równowagę w ostatnim momencie i schował się po drugiej stronie spadzistego dachu. Nie ma szans, żeby podejrzani ludzie tego nie słyszeli. Był blisko nich. Znów poczuł przypływ adrenaliny. Czuł tylko pulsujące tętno i ekscytację, jednak postarał się ściszał swój oddech do minimum.

— Słyszałeś to? — zapytał zaniepokojony mężczyzna.

Shea znieruchomiał. Nastała chwila ciszy.

Rozdział 5

Od przygarnięcia chłopca przez mężczyznę minęło parę dni. Z zapomnianego strychu jednej z kamienic dało się słyszeć jakieś hałasy.

— Odejdź ode mnie! — najeżył się Shea, zapędzony w kąt.

— Oj, daj spokój —westchnął coraz bardziej rozdrażniony Zethar. — To tylko buty!

— Nie będę miał tego czegoś na stopach! — krzyknął i wyminął próbującego go złapać mężczyznę.

— Shea! Do jasnej cholery! Zakładaj je, jak normalna osoba!

— NIE! — znów zrobił unik. — Nie jestem normalny i bardzo dobrze o tym wiesz! I, kurwa, nie mam zamiaru tego nosić!

— Nie przeklinaj — powiedział stanowczo brunet. Stanął na środku pokoju i oparł się o stolik, w drugiej ręce trzymając buty. Westchnął na widok jeżącego się pod ścianą koturina. — Możesz mi chociaż powiedzieć, czemu nie chcesz ich założyć?

— Bo wtedy czuję, jakbym miał zabrany jeden ze zmysłów. Nie czuję bezpośrednio podłoża i ogranicza mi to swobodne poruszanie — powiedział zły.

Zetharowi ręce opadły. Czy ten chłopak całe życie był boso, czy jak?

— Wiesz, że będziesz się bardzo wyróżniał? Jakby twoje włosy nie były już problemem...

— Odczep się od moich włosów!!! — krzyknął podirytowany i pobiegł na drugi koniec pokoju, wymijając stół i wskoczył na parapet, z którego zaczepił ręce o dach, podciągnął się i uciekł.

— SHEA!!! — wrzasnął za nim wkurzony Zethar. Ten jednak nie odpowiedział.

Brunet opadł na krzesło, zmęczony sprzeczką. Rzucił buty na stary, prosty, drewniany stół i wyjął papierosa. Gdy zrobił wydech z ust wydobył się dym.

Co go podkusiło, aby wziąć chłopaka ze sobą? Jeszcze nigdy nie czuł tyle emocji w tak krótkim czasie.

Znów westchnął, wydychając kolejną szarą chmurę. Oparł łokieć na stole i położył na dłoni głowę, trzymając w drugiej ręce palącą się rurkę. Popatrzył się zirytowany na rzeczy, które postawił. Fakt, do najcieńszych i najbardziej elastycznych one nie należały, ale to były jedyne, które znalazł w odpowiednim rozmiarze. Znów zaciągnął się nikotyną. Skrzywił się na myśl o nadchodzących wydatkach.

Nagle poczuł jak go coś uderzyło z tyłu głowy. Odwrócił się i podniósł zwiniętą kulkę papieru, która najprawdopodobniej wpadła przez otwarte okno, jednak po chłopcu nie było śladu.

Zethar rozwinął świstek na którym krzywym pismem było napisane:

"Możesz przestać smrodzić fajkami? To strasznie drażni mój nos."

Brunet ścisnął wiadomość w pięści.

—  Ten dzieciak... — wycedził wkurzony.




Tego samego wieczoru, w małym mieszkaniu było cicho. To miejsce nie było duże. Mała łazienka miała nachylony, stary dach, tylko podstawowe rzeczy, czyli niezbyt duży prysznic, małą umywalkę, nad którą było brudne i lekko połamane lustro, oraz toaleta. Podłoga była ze starych desek, które często skrzypiały, a brodzik z zimnych, szarych kamieni, obrobionych w kostkę.

Poza łazienką był tylko jeden pokój. Po otwarciu drzwi  wejściowych, po lewej stronie, w kącie znajdował się palnik oraz blat kuchenny. Tylko tam ściana była obklejona częściowo stłuczonymi kafelkami. Po prawej stronie od wejścia, za drzwiami znajdowała się mała komoda, a obok niej stara szafa. Po między pseudo - kuchnią a drzwiami od łazienki były dwa, zakurzone, rozkładane fotele. Na środku był kwadratowy stolik zrobiony z desek, które pod wpływem lat wyblakły. Przy nim stały trzy krzesła. Na wprost od drzwi było jedno, duże okno z parapetem, a obok niego, przy prawym kącie, proste łóżko, sąsiadujące z krzesłem bez oparcia, pełniącego funkcję stolika nocnego. W lewy górnym rogu znajdowały się cztery regały, w całości zapełnione książkami, zajmujące miejsce od okna, aż do łazienki, tworząc kąt. Naprzeciwko drzwi do tego pomieszczenia, przy ścianie, stała ciemno - zielona kanapa, wraz z małymi komódkami.

Ściany były drewniane, z częściowo wystającymi deskami, podobnie jak podłoga. Sufit był nachylony od prawej strony, z grubymi belkami, podtrzymującymi konstrukcję domu.

Nikt z mieszkańców kamienicy nie zapuszczał się na wyższe piętra. Większość nie miała po co, a inni zapomnieli, że strych w ogóle istnieje.

Słońce już zaszło i jedyne światło dawała jeden żyrandol oraz parę lamp naftowych.

W łazience woda przestała płynąć. Shea wyszedł z tamtego pokoju. Miał na sobie tylko związane, za duże, krótkie spodenki. Zobaczył, że koszula przeznaczona dla niego do spania leży na łóżku, czyli po drugiej stronie pokoju. Spojrzał na Zethara,który siedział tyłem do niego przy stole i czytał książkę. Koturin przypatrzył się co takiego człowiek czyta. Przekręcił głowę by zobaczyć napis "Mityczne rasy". Oczy mu się szerzej otworzyły.

Chłopak jeszcze raz spojrzał na koszulkę i zaczął iść w kierunku łóżka w taki sposób, aby ciągle być przodem do mężczyzny. Plecy ciągle miał zwrócone ku ścianie. Zethar nie zareagował na dziwne zachowanie chłopca, który dotarł do celu i szybko założył białą, lekko za dużą koszulę. Poczuł, że zrobiła się lekko wilgotna po spotkaniu z mokrym włosami.

—  Shea — zaczął spokojnie brunet, nadal nie odrywając wzroku od książki. Chłopca przeszedł dreszcz niepokoju. "Zachowuj się naturalnie" pomyślał.

—  Tak? — odpowiedział, jednak jego głos lekko zadrżał, na co przeklął w myślach. Odwrócił się ku mężczyźnie, który nie podnosił wzroku znad lektury.

—  Nie musisz się wstydzić tych blizn na plecach. — Przekręcił stronę.

Shea kiwnął lekko głową i z krzywym uśmiechem w duchu dziękował, że to o to chodziło. Podszedł do regału w kącie i zaczął przeglądać kolekcję książek.

—  A tak w ogóle... — kontynuował Zethar. — To gdzie masz ten punkt? — Zamknął książkę i przeniósł pełne powagi oczy na chłopca.

Przez umysł Shei przeleciał długi i barwny łańcuch przekleństw. Przełknął głośno ślinę. Spojrzał się na bruneta, lecz gdy natknął się na jego wzrok szybko swój odwrócił.

—  J... Jaki punkt? — zapytał z wahaniem. Nie rozumiał czemu nie potrafił okłamać mężczyzny. Był wyszkolonym zabójcą, wciskał najróżniejsze bajeczki, które wszyscy brali za prawdę i świetnie grał już tysiące razy. Dlaczego akurat teraz stracił tę umiejętność? Dlaczego nie mógł tego zrobić?!
Zethar podparł się na ręce, leżącej na stole.

—  Przecież widzę, że kłamiesz — rzekł spokojnie i to właśnie ten spokój stresował koturina. — Shea, jeśli mamy sobie zaufać, to musisz mi w tym pomóc. — "Tak gadam, a sam wziąłem go do swojego domu, nic o nim nie wiedząc" skarcił siebie w myślach. — To? — drążył dalej.

Chłopak  nadal nie patrzył na mężczyznę. Wstydził się, że on, wyszkolony były członek mrocznej gildii, ma jeden słaby punkt i to z powodu rasy, jakiej się urodził.

—  P... — wybełkotał niezrozumiale, lustrując podłogę.
 
—  Co?

—  Plecy! — powiedział głośniej podirytowany. — Już? Zadowolony?

— Spoko  — rzekł bezemocjonalnie Zethar i wrócił do lektury.

Shea poczuł jakby coś na niego spadło. Kompletnie nie spodziewał się takiej reakcji. Naprawdę? Zwykłe "spoko" ? Myślał, że temat będzie bardziej drążony, a brunet jak gdyby nigdy nic olał go i czytał dalej. Kompletnie nie rozumiał jego toku myślenia. Odwrócił się w stronę regału i zaczął przeglądać tytuły. Większość wskazywała na to, że książki zawierały informacje o różnych "nieludzkich" rzeczach, w tym wiele na temat wszelakich ras. Mina chłopca zrzedła. Ten koleś chyba na prawdę nie miał nic lepszego do roboty. Dolna półka była zapełniona paroma powieściami, a reszta to książki naukowe.

W rogu na przedostatniej półce chłopiec zobaczył mały, czarny notatnik. Ewidentnie odstawał od reszty. Zainteresowany wziął go i otworzył na losowej stronie. Zethar kątem oka zauważył, co koturin wziął. Westchnął i wstał z zamiarem odłożenia książki.

—  Co to za wiązania chemiczne? Hemoglobina?

—  O — rzekł zaskoczony brunet. — Czyli znasz się na chemii?

—  Bardziej na truciznach i ich specjalnych właściwościach.

—  A leczenie? Odtrutki?

Shea troszeczkę się skrzywił.

—  Z tym to trochę gorzej.

Mężczyzna wziął notatnik z rąk koturina i odłożył na wyższą półkę.

—  To co to było? — dopytywał się wiśniowo-włosy.

—  Nieudane próby odnalezienia przyczyny mojej nieśmiertelności.

Chłopca zatkało. Zupełnie zapomniał, że zabił bruneta, a mimo to ten nadal przed nim stoi.

—  Nie mów, że się nie domyślałeś — zapytał Zethar z lekkim rozbawieniem.

—  O... Oczywiście, że wiedziałem — rzekł pewny siebie.

—  Jasne, już ci wierzę. — Potargał jego włosy i zaczął iść w kierunku kanapy.

Shei przez tę chwilę przemknął przez myśl jakiś obraz. A może mu się zdawało? Spojrzał się na plecy odchodzącego człowieka.

—  Czyli nic na ciebie nie działa? — zapytał po chwili.

—  Nic. Zawsze jakoś dosłownie składam się w całość — mówił brunet kładąc się i przykrywając kocem.

—  I kompletnie nie wiesz dlaczego?

Zethar westchnął zmęczony.

—  Shea, idź już spać. Kiedy indziej o tym porozmawiamy. Dobranoc i nie zapomnij zgasić światła.

Koturin nic nie odpowiedział. Poczuł się trochę spławiony. Zrobił to, o co go proszono i położył się a łóżku. Nie musiał długo czekać na sen.
_________________________________________
Yaaaz... Ten okres zakończony! W następnym rozdziale już będzie bardziej "teraźniejsza" akcja. Mam nadzieję, że się zobaczymy!
Do następnego!
/~SayoX

Rozdział 4

Mężczyzna leżący pod ścianą nie był w stanie się ruszyć. Zbyt bardzo przerażało go to, co widział. Mały, niby słaby chłopiec, nagle zaczął krzyczeć. Mimo że stał plecami, to na jego palcach dało się zauważyć nagły wzrost wielkich pazurów oraz lekki włosów. Na bosych stopach także pojawiły się dłuższe paznokcie, jednak nie tak długie, jak u rąk. Wszystko trwało raptem chwilkę, która zdawała się być wiecznością.

Nagle korytarze otoczyła cisza. 

Do lekko wydłużonych uszu dobiegał teraz każdy najmniejszy szmer. Koturin słyszał przerażony oddech, a nawet przyśpieszone bicie serca osoby pod ścianą. Shea przestał myśleć. Wszystkie uczucia mu się wyłączyły. Wszystkie oprócz nienawiści. Zdrowy rozsądek został pochłonięty przez szaleństwo i instynkt, który był tłumiony przez całe życie.

Chłopak wstał bez słowa i odwrócił się w kierunku mężczyzny. Dorosły spojrzał w przepełnione złością, jarzące się złotem oczy, których pionowe źrenice wierciły w nim dziurę. Poczuł jeszcze większy strach, gdy koturin zaczął się do niego zbliżać. Chciał schować się w ścianę. W panice zaczął wymachiwać rękoma i jęczeć, nie mogąc się wysłowić.

Wiśniowowłosy warcząc uniósł wargi, ukazując nienaturalnej długości górne i dolne kły. Zatrzymał się i w ułamku sekundy skoczył na człowieka. W skoku zrobił zamach ręką, którą następnie wbił w klatkę piersiową mężczyzny. Ten zaczął dławić się krwią. Po chwili jego oddech zniknął.

Koturin szybko odskoczył od martwej osoby i wylądował, jak kot na cztery łapy, parę metrów dalej. Zaczął biec za zbiegiem, niczym zwierzę za ofiarą, z nadnaturalną prędkością.

Jego zmysły były dwa razy bardziej wyostrzone niż zwykle. Wzrok po bokach był rozmazany z powodu szybkości, a po środku pozostawał ostry obraz, który mógł się przybliżać lub oddalać.
Zbiegły mężczyzna zatrzymał się zdyszany dopiero przy wejściu do sali, w której odbywało się spotkanie. Serce waliło mu jak szalone. Z hukiem otworzył drewniane drzwi i przerażony zaczął krzyczeć:

— Szefie! Niedobrze, Shea... — Nie dokończył zdania. Padł martwy na kamienną podłogę, ponieważ w trakcie gdy mówił, rozszalała bestia zdążyła go dogonić i rozerwać mu od tyłu gardło.

Na sali zrobiło się zamieszanie. Około trzydziestu par oczu wpatrywały się w osobę stojącą w wejściu. Starszy, już siwiejący mężczyzna, będący szefem, wstał z krzesła na widok swojego  niedoszłego sługi, który był nad ciałem. Przeszedł go lekki dreszcz, gdy napotkał parę przepełnionych dzikością oczu, będących dziesięć metrów dalej. Zrozumiał co się stało.

— Brać go — powiedział twardo do swoich podwładnych.

Nastała chwila ciszy. Nikt się nie ruszał. Shea stał w przejściu i pełnym nienawiści wzrokiem obserwował wszystkich obecnych przy długich dwóch rzędach stołów. Dostrzegał ich najmniejsze drgnięcie, lecz sam się nie ruszał. Członkowie mrocznej gildii wahali się, ponieważ z jednej strony bali się podejść do chłopca, lecz z drugiej strony musieli wykonać rozkaz.

— Na co czekacie?!? — krzyknął zniecierpliwiony przywódca. 

Ciszę przerwał dźwięk wyjmowanych broni, głównie białej. W pokoju nadal panowały niepokój i niepewność. Dopiero po chwili rozległy się trzy okrzyki bojowe, osób stojących najbliżej drzwi. Uniosły swoje miecze i napierając w linii rzuciły się na Sheę. Ten tylko na to czekał i cicho warcząc, w ułamku sekundy zgiął lekko kolana, rozłożył ręce z ostrymi szponami i skoczył na przeciwników. Nadana prędkość tylko zwiększyła jego siłę zamachu obu dłoni w linii poziomej, na skutek czego porozrywał trzem osobom na raz krtanie, nim zdążyły zareagować.

Zanim wykrwawiające się ciała padły na podłogę, reszta członków poszła w ślady poprzedników i wszyscy rzucili się na koturina, który wylądował na czworaka. Przez zaciśnięte kły wyrywał się co jakiś czas cichy syk. Shea, ogarnięty instynktem, skoczył i przyczepił się pazurami do sufitu, unikając masowego ataku. Wszyscy mężczyźni spojrzeli zaskoczeni i poczuli lekkie przerażenie, widząc w oczach chłopca błysk furii.

Potem wszystko trwało tylko chwilę. Młodzieniec wskoczył między przeciwników i zrobił zamach, powalając  szponami zdezorientowane osoby. W powietrzu latały krople krwi, niczym płatki zwiastujące śmierć. Shea wyjął zza paska dwa sztylety i odpierał ataki mieczy. Nawet one nie były w stanie poskromić rozszalałej bestii. Z nadprzyrodzoną szybkością młody zabójca przemieszczał się między ciałami, które padały jeden po drugim. Zniecierpliwiony przywódca wyjął pistolet i zaczął strzelać. Koturin zwinnie unikał każdej kuli, które ominięte trafiały w inne sługi. Skacząc z osoby na osobę, był już blisko coraz bardziej przerażonego byłego przełożonego.

Gdy już wszyscy leżeli na wpół martwi lub zabici, Shea skoczył na starszego dowódcę. Ten próbował zastrzelić przeciwnika, jednak pod wpływem strachu i trzęsących się rąk nie był w stanie wycelować. Chłopiec poczuł jak kula przeszywa jego nogę na wylot, jednak kompletnie to zignorował. Rozległ się dźwięk rozrywanej skóry przez wielkie szpony. Ciepła krew trysnęła na ogarniętą przez dzikość twarz i ręce.

Nastała cisza. Koturin wylądował na dwie nogi i ugiął jedną pod wpływem nagłego bólu. Ciężko oddychał. Dopiero teraz odzyskał całkowitą świadomość. Pamiętał co zrobił, gdy nie panował nad sobą, lecz nie żałuje tego, co się stało. Ale pamiętał też to, co zobaczył i usłyszał.

Pośród pozostałości po krwawej masakrze, martwych ciał i czerwonych plam, stał chłopiec, który zrozumiał, że został kompletnie sam.

Upadł na kolana, a łzy zaczęły intensywnie płynąć, łącząc się z krwią na twarzy i podłodze. Skulił się i zaczął pięściami bić w podłogę, raniąc sobie skórę. Całe podziemie przeszedł jeden, głośny i pełen bólu krzyk.

Shea zawsze grał silnego, starał się nie poddawać, jednak teraz nie ma dlaczego walczyć. 

Dla nikogo.

Płaczem wyrzucał łzy, tłumione przez tyle lat. Czuł ucisk w sercu. Czoło dotykało mokrej podłogi. Nie chciał już żyć. Miał już dość tego miejsca. Wstał, uginając zranioną nogę i szedł nierównym krokiem do wyjścia na zewnątrz, które było po drugiej stronie sali. Wciąż lecące łzy utrudniały mu widoczność i co jakiś czas potykał się o czyjeś ciało, lecz mimo to szedł dalej. Chciał uciec od wszystkiego, co go spotkało.

Otworzył niedbale drzwi na małą uliczkę między budynkami. Spowijała ją ciemność z powodu nocy i bardzo późnej pory. Padający deszcz uderzał o bruk i niedaleko stojące worki na śmieci.

Shea utykając poszedł parę kroków do przodu. Opierając się o ścianę, szedł wzdłuż niej i skręcił w kierunku głównej ulicy, lecz po drodze potknął się o własne nogi i upadł na lewą stronę. Rozległ się cichy plusk.

Nie wstawał.

Pozwalał, aby deszcz leciał na niego razem ze łzami z oczu, które były bez życia. Lodowata woda otulała go i razem z raną w nodze przypominały mu, że żyje, jednak było mu wszystko obojętne.
Zdążył już przemoknąć. Głowa wciąż leżała bezpośrednio na zimnych kamieniach. Nic nie chciał robić. Nie miał siły na nic. W środku czuł tylko pustkę, a pośrodku niej był ból. Łzy nie przestawały płynąć, łaskocząc jego nos, lecz nie miał siły nawet ruszyć ręką. Leżał tak nieruchomo, nie wiedząc ile już czasu minęło. Nawet deszcz przestał zagłuszać wszystko dookoła i zniknął, pozostawiając po sobie tylko wilgoć i chłód. 

Nagle usłyszał jak ktoś biegnie w jego kierunku, lecz nie chciało mu się także spojrzeć.

— Ej! Młody! — krzyknęła osoba przy nim, jednak Shea nie zareagował.

— Ej, chłopie, chyba nie umarłeś, nie? - zapytał zaniepokojony mężczyzna. Koturin poczuł, że ten ktoś podnosi jego głowę. Dopiero wtedy raczył spojrzeć na osobę.

Swoimi blado - żółtymi oczami zobaczył znajomą twarz, która miała lekko podłużną szczękę, cienkie usta i prosty nos. Średniej długości brązowe włosy były trochę wilgotne od deszczu, a szmaragdowe tęczówki wpatrywały się w niego z lekkim strachem.

Shea resztkami sił chwycił trzymającą jego ramię rękę i odepchnął od siebie.

— Zostaw mnie... — wyszeptał zły. Niezgrabnie usiadł i podparł się rękoma za plecami, podkulając jedną nogę, a drugą, ranną, pozostawiając w spoczynku. Schylił głowę. Nie chciał, aby ktokolwiek widział go w takim stanie.

Zethar sam nie wiedział, czemu tu przyszedł, ani dlaczego martwił się o tego chłopca. Po prostu pragnął mu pomóc, czemu sam się dziwił. Może chciał tego dlatego, że lekko go przypomina?
Mężczyzna dostrzegł rozmazaną krew na całym ciele, a także ranę na udzie.

— Co się stało? — zapytał z powagą, kucając przy koturinie.

— Idź sobie! Nie chcę twojej litości, ani pomocy. I tak nie zrozumiesz! — wrzasnął Shea, lecz przez resztkę łez jego krzyk lekko się załamał.

Zethar nic nie odpowiedział i jeszcze przez chwilę patrzył się na chłopaka. Zamknął oczy i wstał. Wyjął z kieszeni papierosa, którego następnie zapalił. Zrobił wydech.

"Rany, jak niezręcznie." pomyślał. "Ale jednak..." Znów zwrócił swój wzrok ku chłopcu.

— Masz rację. Nikt nie jest w stanie całkowicie zrozumieć drugiego człowieka. — Koturin nadal siedział nieruchomo. — Ale nie powinieneś okłamywać sam siebie, mówiąc, że nie chcesz pomocy. Niektórzy mogą ci odebrać wszystko, a inni dać to, czego ci brakuje. — Znów nastała krótka przerwa, w czasie której brunet zaciągnął się nikotyną. — Jak się nazywasz, młody?

— S... Shea — zawahał się na chwilę, nadal mając głowę w dole. Co ten koleś próbuje mu powiedzieć?

— A więc Shea... Chodź ze mną.

Chłopiec nie wierzył w to co usłyszał. Opuchniętymi od płaczu oczami spojrzał zszokowany na mężczyznę, którego wzrok był poważny. Nie był w stanie nic powiedzieć. Ta propozycja kompletnie go zaskoczyła. W końcu, niemal nieświadomie, kiwnął delikatnie głową, na znak, że przyjmuje propozycję. Nie miał gdzie się udać, a poza tym, nie wiedzieć czemu, jakaś część jego chce iść za tym człowiekiem.

Zethar uśmiechnął się lekko. Wiedział, że ta decyzja będzie mieć swoje skutki w przyszłości i że od teraz jego życie nie będzie takie same.

Rozdział 3

— Chcę ją zobaczyć! — zażądał młody chłopiec. — Pozwólcie mi spotkać się z moją siostrą!

Shea ciskał piorunami z nienaturalnie jarzących się żółtych oczu w większego mężczyznę. Ten tylko się uśmiechnął.

— Wykorzystałeś swoją wizytę tydzień temu. — Stał z zaplecionymi rękami, zasłaniając ciałem drewniane drzwi.

W kamiennym korytarzu znajdowali się tylko oni. Światło dawały tylko małe okna przy suficie. Widok z nich rozchodził się na bruk ulicy, na której o tej godzinie był duży ruch.

Mały koturin ścisnął ręce w pięści. Nie widział swojej młodszej siostry od kilku dni, a była ona jego jedyną rodziną. Tylko z jej powodu robił to, co ci ludzie mu kazali. Chciał znów zobaczyć jej słaby, a mino tego ciepły uśmiech, dzięki któremu jeszcze nie zwariował.

Mężczyzna zadarł lekko głowę, by spojrzeć na chłopca z góry.

— Chyba nie chcesz, aby coś się jej stało, prawda? — rzekł z wyższością i ohydnym uśmiechem.
Shea zacisnął oczy i jeszcze bardziej ręce. Po chwili rozluźnił uścisk i zrobił wydech. Wkurzony bez słowa odwrócił się w kierunku wyjścia.

— Grzeczny kotek — usłyszał paskudny i rozbawiony głos.

Chłopak trzasnął drzwiami i rozległo się echo. Nie myśląc wypełniony negatywnymi uczuciami walnął z całej siły w ścianę na przeciwko. Po uderzeniu pojawiło się wgniecenie, a resztki kamieni spadały na ziemię. Koturin oddychał ciężko, starając się uspokoić. Czuł krew na dłoni, jednak kompletnie to zignorował i schował ręce do kieszeni swojego czarnego płaszcza. Szybkim i pewnym siebie krokiem szedł siecią ciemnych korytarzy. Stwierdził, że musi w jakiś sposób rozładować złość, a na pewno wyjść stąd, bo już miał dość tego miejsca.
 Stwierdził, że musi w jakiś sposób rozładować złość, a na pewno wyjść stąd, bo już miał dość tego miejsca
Zethar szedł przez las. Co jakiś czas brał głęboki oddech, delektując się pięknem dnia. Promienie słońca przedostawały się przez drzewa, tworząc jasne smugi na ścieżce. Wiał lekki wiatr, powodując naokoło szum liści.

Mężczyzna trzymał płaszcz zwinięty w kłębek. Dziś nie było zimno, więc za okrycie służyła mu zwiewna koszula i czarne spodnie. Na szczęście nie było także zbyt wiele chmur, co sprawiało, że był to idealny dzień, aby zrobić pranie.

Doszedł ścieżką nad rzekę. Nie była ona duża i miała raptem około dziesięciu metrów szerokości, a głębokość sięgała do pasa. Słychać było jak delikatnie woda uderzała o kamienie.

Zethar podwinął rękawy i uklęknął przy brzegu rzeki. Zamoczył cały płaszcz i wyjął z kieszeni spodni małe mydełko, po czym zaczął szorować zakrwawione miejsca.

Jego twarz wykrzywiła się w grymas. Taki ładny dzień, a on musi czyścić ubranie. I to przez tego dzieciaka. Westchnął. Swoją drogą, co się z nim stało?

Gdy wreszcie skończył, zadowolony powiesił mokry płaszcz na gałęzi pobliskiego drzewa, aby wysuszył się w słońcu.

Nagle usłyszał trzask gałązki i dźwięk zaskoczenia. Spojrzał w tamtym kierunku i ujrzał młodego zabójcę z ubiegłej nocy.

Shea stał nieruchomo. Usta chłopca były otwarte, jednak nie mógł wykrztusić z siebie ani słowa. Wpatrywał się przerażony i jednocześnie zszokowany w osobę, stojącą jak gdyby nigdy nic przed nim.Nie mógł uwierzyć w to, co widział. Był pewien, że to człowiek. Jego zmysły się nigdy nie myliły. Więc jakim cudem ten mężczyzna żyje? Przecież sam mu przeciął gardło! Nie myśląc długo odwrócił się i bardzo szybko pobiegł w głąb lasu. Jego serce biło jak szalone.

— Czekaj! — Usłyszał za sobą, lecz nie miał zamiaru zwolnić, ani tym bardziej zawrócić.
Zethar skrzywił się i podrapał się po tyle głowy. Wyobrażał sobie, co młody chłopiec mógł pomyśleć i nie dziwił się, że był przerażony. To przecież jakby zobaczyć żywego trupa.

Usiadł pod drzewem i oparł się o pień, zamykając przy tym oczy. Nie miał zamiaru się tym przejmować, bo był pewny, że jeszcze się spotkają.
 Nie miał zamiaru się tym przejmować, bo był pewny, że jeszcze się spotkają
Shea szedł zirytowany przez labirynt kamiennych korytarzy. Była już noc i wybiła godzina spotkania członków podziemnej organizacji, na której musiał być obecny.  Wtedy, co dwa dni, dostawał zlecenie, najczęściej w postaci zabójstwa. Szczerze miał już dość patrzenia na te same, zadufane w sobie gęby dorosłych.

— To co robimy z ciałem? — Usłyszał nagle za zakrętem, w który miał skręcić. Szybko i niezauważalnie przywarł plecami do ściany na rogu. 

Chłód przeszedł po jego ciele, kończąc się na bosych stopach, jednak to mu nie przeszkadzało. Był do tego przyzwyczajony i zmiany temperatury zbytnio na niego nie wpływały.

— Ciii! — uciszył go drugi głos. — Nie tak głośno. Jeszcze kotek usłyszy. — Shea ściągnął brwi. Wyczuł, że są tam tylko dwie osoby, ale o czym miał nie wiedzieć? Jakie ciało? I czemu ci dwaj mężczyźni nie są na zebraniu?

— Daj spokój, jest już pewnie z spotkaniu.

— Ale gdyby się dowiedział, że jego siostra umarła, to mógłby już przestać dla nas pracować i stracilibyśmy klientów.

Shea zamarł. Oczy otworzyły się szeroko, a źrenice zmalały. Czuł jakby stracił grunt pod nogami, lecz mimo to stał nieruchomo. 

Jak to jego siostra nie żyje? Dlaczego? JAK? Jedyna osoba, która trzymała go przy zdrowych zmysłach, jedyna osoba, dzięki której miał nadzieję, jedyna osoba, dla której żył, właśnie zniknęła?...
Był w dużym szoku. Nie mógł w to uwierzyć. To nie mogła być prawda. Jednak... nie widział jej już jakiś czas, nie wiedział nawet jak się czuje. Do głowy przyszedł mu ostatni widok jej twarzy. Blada, wycieńczona ciemnością i życiem w zamknięciu cera, jasne, cienkie i ubrudzone włosy oraz ciepły, ale jednocześnie słaby uśmiech, dodający otuchy oraz podkreślający wychudzone kości policzkowe.

— Szkoda, bo ładna była — rzekł z udawanym żalem jeden z mężczyzn, po czym obaj zaczęli się śmiać.

Shea poczuł jak mu się krew gotuje ze złości. Zacisnął zęby oraz ręce, wbijając ostre pazury w skórę. Nie panując nad sobą, w mgnieniu oka skręcił za róg, złapał za gardło pierwszego mężczyznę i dzięki sile zamachu przycisnął go do ściany. Ten syknął z bólu po spotkaniu głowy z kamieniami. Nie spodziewał się ataku, jednak automatycznie złapał duszącą go rękę. Jego kolega też był zdezorientowany i nie wiedział co ma zrobić. Czy pomóc, czy ukryć dowód śmierci dziewczynki, leżącej za nim.

Shea widział przerażenie w oczach ofiary, spowodowane niemal świecącymi się, przepełnionymi furią i dzikością tęczówkami. Mężczyzna pod ścianą chciał się uwolnić, ale sparaliżował go strach. Widok młodego chłopca, ukazującego nienaturalne kły, oraz jego przerażających, przepełnionych nienawiścią oczu, u których nie było ani cienia zawahania, sprawił, że cała pewność siebie prysła, niczym bańka mydlana. Powrócił na ziemię dopiero wtedy, gdy ostre paznokcie na zaciskającej się na jego szyi ręce zaczęły przebijać mu skórę.

— I... Idź zawiadomić innych — wydusił z siebie, a widząc, że jego kolega nadal stoi przestraszony i niewiedzący co ma zrobić, dodał głośniej — Idź już!

Druga osoba niepewnie w końcu ruszyła korytarzem za sobą.

Shea zachował resztki świadomości, lecz kompletnie go nie obchodziło czy któraś z tych szumowin zginie, czy nie. Jedyne czego chciał to wiedzieć, czy plotka, którą usłyszał jest prawdziwa.

Słysząc bieg uciekiniera, odruchowo odwrócił głowę i wtedy jego oczy trafiły na worek, w którym było ciało. Tylko zimna twarz dziewczynki była odsłonięta.

Czas na chwilę stanął. Młody chłopiec nie mógł uwierzyć w to, co widział. Każda sekunda zdawała się być godziną. Zszokowany puścił mężczyznę, który upadł na ziemię i ciężko oddychał.

Dla Shei wszystko zniknęło. Byli tylko on i jego siostrzyczka. Martwa. Otwarte z szoku usta zaczęły drżeć, a jego ciało lekko trząść. Grawitacja jakby się zwiększyła i jeden krok w stronę dziewczynki zdawał się zabierać mnóstwo energii. Wpatrywał się przerażony i nie mógł wydusić z siebie ani słowa. Trzymany tutaj od najmłodszych lat, żył i znosił katusze tylko dla siostry, która leżała teraz przed nim. Nieżywa. To było dla niego zbyt wiele.

Coś w nim pękło. Nagle złapał się za głowę, która zaczęła intensywnie pulsować. Krzycząc padł na kolana i się skulił, starając się uciec od nagłego cierpienia. W rytm tętna czuł ból, jakby jego mózg miał zaraz eksplodować. Ponad to napadło go ogromne kłucie w sercu. 

Nie rozumiał co się dzieje. Krzyczał, starając się, aby to wszystko zniknęło razem z dźwiękiem. Poczuł, że coś zmienia się na jego ciele, ale nie był w stanie myśleć, ani się na tym skupić.

Ból ustąpił. Nagle zniknął razem ze świadomością, nad którą kontrolę przejął instynkt.

Rozdział 2

Nocny wiatr powiał, poruszając końcówkami czekoladowych włosów. Zethar wziął głęboki wdech i natychmiast się skrzywił czując drażniący nos dym z komina. Wstał i podszedł na krawędź czerwonego dachu. Rozejrzał się podziwiając panoramę nocnego miasta. Zauważył, że w pobliżu nikogo nie ma, skoczył na dół. 

Przez ułamek sekundy miał rozmazany wzrok i czuł jak spada. W momencie zetknięcia stopy z chodnikiem, poczuł, że złamała mu się piszczel. Przeszedł go dreszcz i znieruchomiał na chwilę.

— Cholera — syknął z nagłego bólu. — Nie sądziłem, że skok z trzeciego piętra będzie tak boleć!
Nie minęło jednak kilka sekund, a już poczuł jak kość wraca na swoje miejsce i zrasta się oraz jak rozerwane tkanki na nowo się łączą. Po złamaniu nie było ani śladu.

Zethar ziewnął. Uznał to za znak, że trzeba wracać do domu i się przespać. Szedł obok głównej, oświetlonej ulicy, a jedyny dźwięk, jaki było słychać, to delikatny stukot jego butów o kamienny chodnik. Ręką sięgnął do wewnętrznej kieszeni płaszcza i wyjął jednego papierosa. W trakcie drogi próbował go zapalić, ale zapalniczka odmówiła współpracy. W końcu po paru próbach wskrzeszenia ognia, lekko podirytowany przystanął. Już miał zamiar dalej zmagać się z metalowym pudełkiem, gdy nagle usłyszał krzyk przerażonego mężczyzny.

— Nie! Nie zabijaj mnie!!! — błagał mężczyzna. Zethar zaintrygowany schował papierosa i szybko podszedł do małej, ciemnej i wąskiej uliczki między kamienicami, z której słychać było głos.

Widok, który zastał nie wywarł na nim jakiegoś wielkiego wrażenia, lecz musiał przyznać, że było to interesujące. Ujrzał bowiem młodego chłopca, na oko dwunastolatka, który zdecydowanie nie był człowiekiem. Pomimo cienia dało się dostrzec niezwykły ciemno wiśniowyodcień jego krótkich włosów. Miał na sobie lekko podarty, czarny płaszcz, bez rękawów i kaptura. Niemal świecące w ciemności, żółte tęczówki patrzyły na swoją ofiarę, kulącą się pod murem. Mężczyzna w podeszłym wieku nie był w stanie wydusić z siebie żadnego słowa. Jego przerażone źrenice wpatrywały się w pozbawione uczuć oczy. Nie należały one do słodkiego dziecka, o nie. To były oczy zabójcy.

Chłopiec w błyskawicznym tempie wyjął zza paska prosty, stalowy sztylet. W ułamku sekundy pokonał kilka metrów dzielące go od celu i zatopił ostrze w miejsce między obojczykami. Jedyne co się dało usłyszeć to dźwięk nagłego rozlewu krwi oraz ostatni jęk mężczyzny, zmieszany z odgłosami dławienia się cieczą.

Zethar schował ręce w kieszenie i gwizdnął.

— Nieźle... — prychnął bardziej do siebie.

Nastolatek natychmiast odskoczył na bezpieczną odległość. Automatycznie ugiął nogi i lekko się nachylił. Jedna z rąk trzymała skierowany do dołu sztylet, a druga była przygotowana aby  się obronić lub zaatakować.

Brązowowłosemu nie umknał  fakt, iż chłopiec miał średniej długości, ostro zakończone pazury oraz  lekko wydłużone pary kłów, których zwykli ludzie na pewno nie posiadają. Na tle delikatnych, kobiecych rys, wyróżniały się duże oczy, przepełnione nienawiścią i lekkim strachem, spowodowanym przyłapaniem na popełnieniu zbrodni. Ale Zethar dostrzegł w nich coś jeszcze. 

Ból.
 
To są oczy, które nie raz widział w lustrze.

Mężczyzna lekko uniósł ręce w geście obronnym. Nie spuszczając wzroku z osoby z naprzeciwka, od razu wydedukował czym ona jest. Ta postawa, niczym u jeżącego się zwierzęcia, ale jednocześnie szykującego się do skoku tygrysa, prawie świecące w ciemności oczy oraz inne cechy były charakterystyczne nie dla ludzi, którzy  umieją zmieniać swoją formę, lecz dla półludzi, którzy są uważani za wymarły gatunek. Ten chłopiec był w połowie człowiekiem i kotem.

— Nie często spotyka się młodego koturina — powiedział Zethar zwyczajnym, miłym tonem, nadal utrzymując dłonie na wysokości ramion. Nie szukał zaczepki do bójki, ale nigdy nie spotkał żadnego przedstawiciela kotowatych ludzi na żywo. Był po prostu zainteresowany jego naturą. Intrygowały go także uczucia, które skrywał młody chłopak... Może po prostu był ciekaw ich pochodzenia?

Nie zdążył nawet zacząć kolejnego zdania, gdy wiśniowo-włosy wyjął z pod płaszcza trzy noże i rzucił nimi w przeciwnika. Zaskoczony mężczyzna zdążył się tylko lekko skulić,  mały koturin nie zamierzał dać chwili wytchnienia i w momencie gdy ostrza opuściły jego dłoń, sam ruszył, aby zaatakować. W ułamku sekundy znalazł się za brązowowłosym, który nie zdążył na nic zareagować, bo był kompletnie zszokowany umiejętnościami chłopca, który szybkim ruchem podciął mu gardło. Bezwładne i wykrwawiające się ciało upadło na podłogę, tworząc na bruku czerwoną kałużę.

Młody nastolatek zaczął uspokajać swój oddech i tętno, które podskoczyły pod wpływem adrenaliny. Jako wyszkolony zabójca miał za zadanie wyeliminować wszystkie nieprzewidziane sytuacje, które zdarzą się podczas misji. Zabicie tego człowieka uważał za odruch. Wyjął z ciała trzy noże i, wytarłszy je o skrawek płaszcza, razem ze sztyletem schował na miejsce. Odwrócił się w głąb ciemnej oraz wąskiej uliczki i ruszył szybkim krokiem. Skoczył na znajdujący się wyżej od niego parapet, a następnie przeskoczył na dach, po którym zaczął biec do bazy.

— Nie myśl o tym, Shea —syknął do siebie. — Może i ten facet nie wyglądał groźnie, ale wszystko widział, więc musiał umrzeć. To jego wina. Nie trzeba było wtrącać się w nie swoje sprawy. — Skakał z dachu na dach, dopóki nie dotarł do celu.

Po paru godzinach, gdy młody chłopiec był już daleko, Zethar zamrugał ospale parę razy. Leżał na plecach i powoli przypominał sobie, co się stało. Przekręcił ostrożnie głowę i nagle zaatakowała go fala przeszywającego bólu dobiegającego z siły. Spróbował usiąść, lecz natychmiast się skulił z powodu przeraźliwego kłucia w okolicach brzucha. Znieruchomiał na chwilę i poczekał parę sekund, aby wewnętrzne obrażenia skończyły się goić. Osłabiony, lekko drżącą dłonią rozpiął koszulę i spojrzał jak czerwone dziury, które najpierw zastępuje różowa tkanka, a następnie blada skóra. Odetchnął z ulgą i położył głowę na ręce opartej na podkulonej nodze.

Wydawało mu się, że minęły wieki nim ostatni raz tak się czuł. Od bardzo, bardzo dawna nikt go, teoretycznie, nie zabił, ani nigdy nie stracił przytomności, na skutek "śmierci", aż do teraz. I to z powodu kogo? Małego dzieciaka. Uśmiechnął się na tyle, na ile siły mu pozwalały.

Nagle doznał szoku. Czy on się właśnie uśmiechnął? Tak prawdziwie? Wiedział, że był prawdopodobnie biały, jak ściana, czuł zaschniętą krew na brodzie i szyi, ale mimo to uśmiechał się z ironii, jaka go spotkała. Właśnie został "zabity" przez jakiegoś chłopca. Teraz jeszcze bardziej zainteresował się jego osobą.

Nagle poczuł jak coś przebija jego krtań od środka. Padł na kolana i zaczął intensywnie kaszleć. Coś spowodowało, że zaczął się dławić pojawiającym się płynem. Z jego ust z każdym odkrztuszeniem wypływała krew. W końcu usłyszał brzdęk metalu obijającego się o kamienie. Schylił głowę z ulgi, że nareszcie może wziąć oddech. Czuł, że miał mokre oczy. Ostatnimi siłami usiadł po turecku. Jego oddech był ciężki oraz nieregularny i dopiero po paru minutach bycia w tej pozycji zaczął nabierać powietrza normalnie, a skóra zaczęła odzyskiwać swój naturalny kolor.

Nie ukrywał, iż było to bardzo irytujące, że ktoś zdołał go doprowadzić do takiego stanu.

— Co za dzieciak... — rzekł słabo z niedowierzaniem, masując obolałą krtań. — Bezbłędnie trafił nożami w punkty witalne... Ale z tym gardłem to już przesadził — dodał niezadowolony. 

Wstał i sięgnął ręką po rzecz, która utrudniła mu oddychanie. Okazało się, że był to odłamek ostrza, które trafiło go w brzuch. Kącik ust poszedł mu w górę. Schował odłamek do wewnętrznej kieszeni okrycia i odwrócił się w kierunku oświetlonej, głównej ulicy, po której rozchodził się dźwięk zegara, informujący, że jest godzina czwarta.

Gdy Zethar wyszedł z cienia, dopiero teraz zobaczył jak bardzo brudne ma ubrania. Załamał się, że będzie musiał wyrzucić podartą koszulę. Spojrzał jednak na ciemnozielony, uplamiony płaszcz i westchnął zmęczony. 

— Będę musiał zrobić pranie...
_________________________________________
Te początki są no... "mroczne", ale chodziło mi o ukazanie bolesnej przeszłości bohaterów, dlatego może sprawiać to wrażenie dark fantasy jeszcze w następnych rozdziałach, jednak nie planuję całej powieści utrzymać w takim klimacie ;) Są to głównie wspomnienia, nadal wstęp, aby przybliżyć obraz każdego z bohaterów i jak się poznali.
/~Sayox

Rozdział 1

— Zethar, możesz mi łaskawie powiedzieć, czemu idziemy z tymi typkami? — zapytał wzburzony siedemnastolatek, wskazując na dwójkę ludzi idących za nim.

Brązowo-włosy mężczyzna westchnął na zadane pytanie.

— Shea, teraz jedziemy na tym samym wózku i musimy trzymać się razem — rzekł z lekkim, zakłopotanym uśmiechem w stronę nastolatka. — Nie muszę chyba przypominać, dlaczego musieliśmy uciekać z miasta i teraz idziemy we czterech przez las?

— Że co??? — krzyknął wściekły wiśniowonowłosy. — Że to niby moja wina, że nas wyjebali z miasta???

Zethar przystanął.

— Nie przeklinaj, Shea — upomniał go starszy, lecz ten puścił tę uwagę mimo uszu.

— To wszystko wina tego kundla! Nie moja! — Wskazał na białowłosego, młodego mężczyznę, który słysząc swoje przezwisko natychmiast zareagował.

— Jak mnie nazwałeś wszarzu? — zapytał z wyższością i nieukrywaną nienawiścią. 

Jego towarzysz westchnął.

— Yakov, nie daj się sprowokować — rzekł bezemocjonalnie, lecz ten go kompletnie zignorował. Podszedł szybko do nastolatka i stanął na przeciw jego. Wilkołak lekko go przerastał.

— Słyszałeś psie. — Wiśniowowłosy nie zamierzał ustąpić. Toczyli zaciekle niemą wojnę na spojrzenia.  Oboje za sobą nie przepadali i nie zamierzali tego ukrywać.

Blond-włosy wampir stanął koło Zethara. Oboje patrzyli się na nich ze zrezygnowaniem. Nie zamierzali interweniować, póki nie dochodziło do rękoczynów. W tym czasie, gdy hybrydy sobie dogryzały, zaczęli prowadzić spokojną konwersację.

— Ivar, co o tym myślisz?— zapytał człowiek.

Wampir spojrzał na niebo, które było już całe różowe. Chłodny wiatr lekko zawiał, wprawiając w ruch liście, które zaczęły szeleścić. Cała zieleń zaczęła ciemnieć. Kwiaty powoli się zamykały, a mniejsze zwierzęta poczęły wracać do swoich legowisk.

— Musimy rozbić obóz, zanim nastąpi noc. Proponuję pójść lekko wgłąb lasu i tam rozpalić ogień. Ej! Wasza dwójka! Koniec kłótni, musimy iść. — Podszedł do wilkołaka i koturina z próbą rozdzielenia dwójki, lecz ci nie chcąc przegrać batalii nie zważali na słowa blondyna.

— Zamknij się! — krzyknęli jednocześnie w kierunku wampira, popychając go na ziemię, po czym wrócili do wyzywania się.

Ivar był wybuchowym typem i nie zamierzał darować tej dwójce, że go zignorowali. Wstał i ze złością także ich popchnął. Teraz to przerodziło się we wspólne przepychanie z obraźliwym słownictwem.

Zethar westchnął i przyłożył rękę do twarzy w geście zrezygnowania. Z zakłopotanym uśmiechem podszedł do nich z lekko uniesionymi rękoma, aby ich uspokoić.

— Ej ludzie, nie kłóćcie się już, musimy iść... — zaczął łagodnie, lecz został kompletnie zignorowany. 

Nagle dostał przypadkiem łokciem w nos. Dopiero teraz trójka raczyła spojrzeć na brązowo-włosowego, któremu także podniosło się ciśnienie. W odpowiedzi walnął ich wszystkich z całej siły pięścią po twarzach, po czym z miłym uśmiechem oznajmił, że idą dalej. Nikt nie zaprotestował. Mieli do niego respekt i coś w nim sprawiało, że nie chcieli mu się przeciwstawiać. Może dlatego, że za ten pozornie łagodny uśmiech wzbudzał w nich lekki lęk? Przytykając ręce do bolących punktów szli za brunetem. Shea oraz Yakov nadal mierzyli się co jakiś czas wzrokiem, jednak zachowywali odstęp od siebie i nic nie mówili. Ivar szedł przed nimi, aby w razie czego przerwać ponowną kłótnię. Obiecał sobie, że tym razem nie da się w nią wciągnąć. Idący na przodzie nieśmiertelny z małym rozbawieniem myślał, jak do tego wszystkiego doszło.
 Idący na przodzie nieśmiertelny z małym rozbawieniem myślał, jak do tego wszystkiego doszło 

~Pięć lat wcześniej~

Zethar był na wieczornym spacerze. Stare latarnie oświetlały kamienne drogi oraz chodniki. W domach powoli gasły światła. Na zewnątrz już prawie nie było ludzi. Jedynie co jakiś czas szły zakochane pary. Całe miasto sprawiało wrażenie, że pogrąża się we śnie. Ale to tylko wrażenie.
Brązowowłosy zatrzymał się. Wiatr poruszał jego ciemnozielonym płaszczem oraz rozwiewał dym palącego się papierosa. Twarz mężczyzny nie wyrażała żadnych uczuć. Szmaragdowe, zmęczone życiem oczy wpatrywały się w ciemne, poruszające się na niebie chmury. Szczupła ręka powędrowała do dymiącej rurki, która wylądowała na kamieniach, a następnie została zdeptana. Zethar zaczął iść dalej. Chłodne dłonie schował w kieszenie, a głowę skulił bardziej pod kołnierzem. "Noce robią się coraz zimniejsze" pomyślał. Idąc tak przez główną ulicę rozmyślał nad obecną sytuacją w mieście.

Nareszcie od wielu lat trwa pokój. Krwawe żniwa wojny między rasami zakończyły się. Jednak nie wszystkim to pasowało. Było wiele miejsc, gdzie nietolerancja to chleb powszedni. Począwszy od ukrytych osad elfów, aż po to miasto, w którym ludzie stanowią ponad osiemdziesiąt procent społeczeństwa. Większość z nich jest negatywnie nastawiona do "nieludzi". Prawo na całym kontynencie zabrania rasowej dyskryminacji, lecz kto będzie wiedzieć o jego łamaniu jeśli nikt o tym nie doniesie?  W wielu wsiach czy nawet miastach wszelkie morderstwa nieludzi jest przez ludzi ignorowane Mimo iż większość doskonale wie, że to wbrew prawu i zasadom zachowania pokoju, i tak nikt nic sobie nie robi z tej samowolki. Prawie każdy uważa, że to nie jego sprawa lub nie chce się w to mieszać.

Ale nie tylko ludzie tak działają. Większość elfów, zarówno mieszkającyhc w miastach, jak i ukrywających się po lasach, uważa się za gatunki wyższe. Nie chcą wchodzić w jakiekolwiek stosunki z innymi mieszkańcami ziem. O niedobitkach ras, takich jak wilkołaki, wampiry i parę innych, prawie w ogóle się nie słyszy. Dlaczego? Po pierwsze jest ich zbyt mało na świecie, a po drugie większość z nich nie ma zamiaru żyć w zgodzie z innymi, jakby w przeszłości nic się nie stało, jakby w przeszłości nie mordowali się nawzajem, nie byli skąpani we własnych krwiach. 

Na szczęście jest też druga strona medalu. Oczywiście istnieją miejsca, w których pokój nie jest udawany, lecz w prawie stu procentach prawdziwy. Tam rzeczywiście ludzie potrafią siebie zaakceptować, a złamanie prawa jest natychmiastowo zgłaszane i sprawiedliwie karane. W obliczu aktualnej sytuacji politycznej aż trudno uwierzyć w istenienie miejsc w których prawo zachowania równości ras jest właściwie przestrzegane, są jednak one dowodem na to że trzymanie się zasad umowy jest możliwe. Czym w takim razie czym różnią się one od choćby tego miasta? 

Można uważać, że to wina władz lub wychowania dzieci. Tutaj cała straż to samolubni ludzie. Każdy strażnik uważa, że mu wszystko wolno. Wieczorem karczmy są zapełniane i człowiek "po całym dniu służby" idzie tam razem ze swoją grupą. Zwykle kończy się to na krwawych bójkach, w których ofiarami są zazwyczaj inne rasy, lez żaden z klientów nie zareaguje, tak samo jak zastraszany właściciel.

Dlatego właśnie to miasto tylko pozornie zapada w sen. Noc to dla niektórych "pora zabawy", a dla innych istny koszmar. Rano zwykle znajduje się martwe ciała, a reakcja ludzi zależy od tego, do kogo ono należało. Jeśli jest elf, syrena lub inny "nieludz", to nawet nie kiwa się palcem, po prostu wrzuca się ciało do wspólnego grobu, ale jeśli jest człowiek... Od razu robi się zamieszanie i zwykle kończy się na prześladowaniu niewinnych. Niektórzy jednak uważają za dziwne to, że tylko tutaj nie ma żadnej gildii, która po części sprawowała by pieczę nad przestrzeganiem warunków pokoju. Krąży plotka o mrocznej organizacji zabójców i że to ona miałaby odpowiadć za większość morderstw, ale nikt tego nigdy nie potwierdził i szczerze mówiąc nikt nie palił się, aby to ustalić.

Zethar wspiął się na jedną z kamienic i usiadł na dachu. Podkulił jedną nogę, by nie spaść i patrzył na nocny krajobraz tego pozornie spokojnego miasta.

— Co ja tu właściwie robię?... — zapytał siebie cicho. Nie był miłosiernym samarytaninem, ani nie chciał nikogo ratować. Widział śmierć nie raz i  nie raz była ona z pod jego rąk. Nie miał pretensji o to, że ludzie nic nie robili, ponieważ sam także nie ratuje każdego. Nie znosił chamstwa i zła, ale zazwyczaj na nie nie reagował (inaczej było, gdy jakieś obelgi były skierowane w jego stronę). Sam uważał, że jest egoistą.

Tylko kiedy się zatracił? Kiedy przestał czuć pozytywne emocje? Pewnie w momencie, gdy jako dziecko został sprzedany przez własnych rodziców. Później przeżył lata katorgi, bicia i wstrzykiwania przeróżnych substancji... do czasu, gdy w wieku dwudziestu paru lat, podczas "zabiegu", w którym czuł, że zaraz wszystko od środka mu spłonie, stracił kontrolę nad sobą. Po tych wszystkich latach udało mu się wydostać. Z czasem udało mu się oswoić z nową sytuacją oraz znów patrzeć na świat z wielu perspektyw, zarówno dobrych jak i złych.

Ale od tamtego czasu ani razu szczerze się nie uśmiechnął.

Doskonale umiał udawać różne emocje, lecz czuł się z nich wypruty. Przez dwadzieścia lat od tamtego wydarzenia cały czas czuł pustkę.

Przez dwadzieścia lat od tamtego wydarzenia, kiedyś jego rodzinne, małe miasteczko przerodziło się w zimne dla innych przybyszów miasto. 

Przez dwadzieścia lat od tamtego wydarzenia nie zestarzał się ani o rok. 

Od dwudziestu lat, od tamtego wydarzenia, jest nieśmiertelny.

_________________________________
 Zapraszam do czytania dalej, bo to są same początki, a jak wiadomo na samym początku jest nudniej niż dalej ^^
~SayoX

Rozdział 17

Właściciel gospody otworzył szerzej oczy. Zbladł i zaniemówił. Musiał się oprzeć o blat, bo poczuł jakby cały grunt usunął mu się spod nó...